Ten wpis zainspirował Byte swoim wpisem. Myślałem, myślałem i stworzyłem swój spis książek które koniecznie chcę przeczytać. Zima coraz bliżej. Aura wymusi rezygnację z roweru jako środka przenoszenia swojego tyłka do roboty. Trzeba będzie przesiąść się do środków komunikacji publicznej. Jest więc szansa na usunięcie paru pozycji z poniższej listy.
A więc (kolejność książek na liście jest przypadkowa):
“Bóg urojony” Richarda Dawkinsa - przeczytałem “Samolubny gen” i ostatnio “Rzekę genów” bardzo ciekaw jestem tej,
“Jerzy i tajny klucz do Wszechświata” i “Jerzy i poszukiwanie kosmicznego skarbu” autorstwa Stephen W. Hawkinga i Lucy Hawking - czekam aż moje córki trochę podrosną,
Trylogia husycka Andrzeja Sapkowskiego - autor i tematyka wyjątkowo mi odpowiadają,
“Mikrokosmos. Portret miasta środkowoeuropejskiego. Wrocław. Breslau. Vratislavia” Norman Davies i Roger Moorhouse - pozycja o moim mieście i regionie
“Ucieczka z Festung Breslau” Andrzeja Ziemiańskiego - ten facet umie pisać i pasuje mi jego poczucie humoru. Poza tym akcja dzieje się we Wrocławiu.
Po przeczytaniu listy którą stworzył Byte i pogrzebaniu w necie, swoją listę mogę rozszerzyć o kilka pozycji z jego listy.
Jeśli jesteś w posiadaniu którejś z powyższych książek i byłabyś/byłbyś w stanie mi je wypożyczyć to daj znać. Chętnie się odwdzięczę którąś z pozycji z mojej biblioteczki.
W przygotowaniu wpis z listą książek które przeczytałem ostatnio i które, z czystym sumieniem, mogę Wam polecić.
No i znowu mamy żałobę narodową. Zginęło dwunastu górników. To bez dwóch zdań tragedia. Ale jest to tragedia dla tych ludzi, ich rodzin, ich znajomych i jeszcze kilkunastu/kilkudziesięciu innych ludzi. I to wszystko.
W ciągu całego zeszłego roku wg. policyjnego podsumowania 2008 roku na drogach zginęło 5437 osób. Czyli każdego dnia, statystycznie, zginęło 14,89 osób. I co? Codziennie ogłaszać żałobę narodową? Oczywiście, ludzie ci nie zginęli jednocześnie i w jednym miejscu.
Dla prezydenta tego kraju śmierć dwunastu ludzi to powód dla którego należy zmusić ludzi do smutku (teoria), odwoływania imprez rozrywkowych, nadawania smutniej muzyki w radiu itp. (praktyka). Tym że ludzie, dla których taka tragedia jest tylko kolejną wiadomością w telewizji nikt się nie przejmuje. Bo tu oczywiście nie chodzi o żałobę, tylko o politykę. Nie jest to oczywiście nic odkrywczego.
Mam takie marzenie. Chciałbym żeby kiedyś w tym kraju premierem został ktoś z “jajami”. Ktoś kto po zaprzysiężeniu nie będzie dbał o słupki w sondażach. Ten ktoś naprawi to co naprawdę trzeba naprawić. Nie będzie patrzył na górników, stoczniowców i całą resztę grup interesów. Niestety taka misja w naszym kraju jest misją samobójczą. Jest misją dla człowieka prawie świętego. Czy jest ktoś taki na sali? I czy jest on w stanie przebić się przez breję złożoną z polityków walczących ze sobą, a nie o ludzi? Wątpię. Na całym naszym świecie takich ludzi można policzyć na palcach.
Akcje typu “następna żałoba narodowa” popychają mnie coraz bardziej ku temu by spakować plecaki i zabrać żonę i dzieci do normalniejszego kraju. Np do któregoś z krajów Oceanii. Tam też oczywiście nie ma raju, ale przynajmniej zasady gry są jaśniejsze. Tam podlewając kwiatki sąsiadom nie trzeba zastanawiać się ile podatku muszą oni za to zapłacić.
Ten wpis oczywiście nic nie zmieni. Jest on wyrazem frustracji. Poprzedni tydzień, za sprawą choroby mojej żony, miałem częsty kontakt z naszą (podobno) służbą zdrowia. Co jak pewnie sami wiece jest mocno stresujące. A żałoba tylko przepełniła czarę goryczy.
Ps. Nie jestem znieczulony na tragedie innych ludzi. Sam przeżyłem śmierć kilu bliskich mi ludzi. Wiem że nie jest to łatwe.
Wraz z żoną mamy (jeszcze) telefony w Orange. Niestety. Niedługo kończą nam się kontrakty z tą firmą i postanowiliśmy rozejrzeć się po rynku usług telefonii komórkowej w naszym kraju. Jakiś miesiąc przed końcem umów zaczęli wydzwaniać do nas handlowcy z Orange. Oferty jakie nam przedstawiali wywoływały u mnie salwy śmiechu. Jesteśmy z tą firmą od sześciu lat, a propozycje warunków nowych umów były dużo gorsze od tych które Play daje “na dzień dobry”. Stwierdziliśmy więc: Przenosimy numery do Play.
Gdy do końca umowy zostało sześć tygodni moja połowica zabrała Teściową (to na nią podpisana była umowa) i poszła do salonu Play. Wiedzieć trzeba że w naszym przypadku okres wypowiedzenia umowy to jeden miesiąc. Tam złożyła standardowy wniosek o potwierdzenie możliwości technicznych przeniesienia numeru i udzieliła Play pełnomocnictwa do rozwiązania umowy z Orange i przeniesienia numeru do nich.
I tu zaczęły się schody. Po kilku dniach dowiedzieliśmy się od przedstawiciela Play że wystąpiła “niezgodność danych”. I że trzeba to wyjaśnić. Najlepsza z mych teściowych przypomniała sobie że jakiś czas temu zmieniała dowód osobisty i nie poinformowała o tej zmianie Orange.
Udała się więc połowica ma (wraz z matką swą) do salonu Orange po raz pierwszy. Tam oświecone zostały o przyczynie niezgodności danych. Przyczyną tą były różne serie i numery dowodu osobistego. Pracownik salonu Orange wysłał więc do centrali swej, faxem, ksero z dowodu osobistego matki połowicy mej po raz pierwszy. Odesłał je do domu by czekały na smsa.
Czekała więc połowica moja siedem dni. I udała się połowica ma (wraz z matką swą) do salonu Orange po raz drugi, gdzie oznajmiono im Żadne dokumenty do nas nie dotarły. Pracownik salonu wysłał więc do centrali swej, faxem, ksero z dowodu osobistego matki połowicy mej po raz drugi i odesłał je do domu by czekały na smsa.
W międzyczasie przedstawiciel firmy Play działał.
W poprzedni piątek (około 4,5 tygodnia od wizyty w salonie Play) najlepsza z mych teściowych zabiera me starsze dziecię i jadą na wakacje na Kaszuby. A żona moja dostaje smsa od Orange o, uwaga, nowej wystawionej fakturze. Tak, o fakturze za miesiąc w którym już nie ma umowy z tą firmą.
Poszła więc połowica ma (tym razem ze mną, teściowa jest na wakacjach) do salonu Orange po raz trzeci. Tam pracownica Orange zaczęła ściemniać (mój mózg odmówił dokładnego zapamiętania tych steków bzdur). Wywarłem więc na przedstawicielkę Orange presję słowną. Ta skapitulowała, wykręciła numer 100 i przekazała słuchawkę. Od pana z obsługi klienta dowiedzieliśmy się że drugi fax z kserem dowodu osobistego owszem dotarł ale cytuję “Literka ‘H’ jest niewyraźna” i nie mogli skorygować danych. W związku tym umowa nie mogła być skutecznie rozwiązana i automatycznie została przedłużona na czas niekreślony na dotychczasowych warunkach (zgodnie z zapisem w tej umowie zresztą). Na pytanie *skąd Pan wie że to litera ‘H’ jest niewyraźna nie uzyskałem odpowiedzi. Usłyszeliśmy tylko że nadal obowiązuje miesięczny okres wypowiedzenia.
Wnioski? Orange potraktował nas jak idiotów. Nie tylko stracił dobrych klientów, ale zyskał nowych antagonistów. Nie odpuszczę i będę walczył o uznanie rozwiązania umowy w terminie złożenia pierwszej korekty danych. Nawet gdybym musiał najlepszą z mych teściowych do sądu wołami (nie ważne skąd je wezmę) ciągnąć.
Relację z “pola bitwy” oczywiście zdam na łamach tego bloga.
Update:
Agnieszka dostała dziś smsa od Orange z informację o zmianie danych w systemie. Mimo że w trakcie trzeciej wizyty w salonie nie był składany nowy wniosek o zmianę danych. Chyba fax w cudowny sposób stał się czytelny. :/
Ten wpis jest opóźniony o prawie trzy tygodnie. Niestety albo nie miałem czasu albo sił by napisać wcześniej.
A więc. 18 czerwca w okolicach godziny 3.00 (w nocy/rano) Agnieszka zaczęła odczuwać pierwsze, słabe, skurcze. Jako że ginekolog prowadzący ciążę, prowadził też ciążę Jagody, kazał już przy pierwszych skurczach bez paniki jechać do szpitala.
Przy okazji. Dr. Marek Maślak nadzorował też ciążę Jagody, na tyle na ile możemy ocenić po dwóch ciążach, to niezły fachowiec z fajnym podejściem do pacjentek.
Po upewnieniu się że to na pewno skurcze :) uruchomiliśmy całą akcję. Patrycja (żona brata mego jedynego) przyjechała do nas taksówką parę minut po 4.00 i rozpoczęła proces pilnowania śpiącej Jagody. Wielkie dzięki Patrycjo! Agnieszka i ja, przy decydującym udziale Rembika i jego samochodu udaliśmy się do szpitala.
Tam, niestety, okazało się że tym razem też nie będę mógł być przy porodzie. Wróciłem więc do domu, zawiozłem Jagodę z Patrycją do nich i wróciłem do szpitala. Z informacji od lekarza wynikało że poród przebiega tak jak powinien. Jeszcze w okolicach godziny 11.00 położna mówiła że wszystko jest ok. Niestety około 11.30 zapadła decyzja że poród trzeba zakończyć cesarskim cięciem. Zamieniłem z Agnieszką kilka słów w drodze na salę operacyjną i czekałem dalej. O godz. 11.45 na świat przyszła moja druga córka Kaja (pseudo Kajak).
Wczoraj ziemia zaliczyła drugie okrążenie dookoła słońca od kiedy urodziła się Jagoda. Wprawdzie dwa lata to poważny wiek, ale nie na tyle by zrozumieć ideę świętowania urodzin (ja do tej pory nie rozumiem).
Agnieszka wymyśliła więc, że dla mała dużo przyjemniej spędzi swoje urodziny bawiąc się z dziećmi na placu zabaw niż siedząc w domu z gośćmi.
Wczorajsza pogoda nie pozwalała, niestety, na harce na otwartym powietrzu. Poszliśmy więc na ostatnie piętro Pasażu Grunwaldzkiego, na plac zabaw. Po półtorej godziny biegania (oraz wyginania, spadania, skakania i innych wygibasów), krańcowo szczęśliwa, Jagoda opadła z sił. Ja zresztą też (IMHO zbyt duża ilość, zbyt głośnych dzieci na zbyt małej przestrzeżeni).
Poszliśmy więc do babci Eli. Tam odbyła się właściwa część imprezy. Był tort i inne smaczności. Wielkie dzięki za to i za organizację. Było fajnie.!

Już za około miesiąc powinienem po raz drugi zostać tatusiem. No i trochę się boję. Za pierwszym razem, w podobnym czasie przed porodem, dotarł do mnie z całą mocą fakt zostania tatą. To było jak grom z jasnego nieba złożony z mieszanki obaw (odpowiedzialność za młode, konieczność zmiany trybu życia, utrata “wolności” i cała reszta spraw związanych z małym dzieckiem) i niepewności (czy sobie poradzę).
“Wolność” straciłem już dawno, o dawnym trybie życia też już ledwie pamiętam. Od dwóch lat mam nowe życie. Wiem już że nie ma się czego bać. Czasem jest lepiej, czasem gorzej. Wydaje mi się że jestem całkiem niezłym ojcem.
Teraz mam inne obawy. Mam obsesję na temat równego traktowania moich dzieci. Nie chcę żeby któraś z moich córek czuła się mniej kochana. A jednocześnie wiem że starsze dziecko powinno móc więcej. Z dzieciństwa pamiętam że mój, młodszy o trzy lata, brat mógł robić to co ja. Wydaje mi się że to nie koniecznie jest ok. Boję się że w niezauważony dla mnie sposób tak bardzo skupię się na nowym dziecku że starsza córka poczuje się odepchnięta. Nie chcę też przegiąć w drugą stronę. Generalnie mam to samo co przy Jagodzie, tylko inaczej.
Jako że jestem optymistą i posiadam już doświadczenie z dziećmi wierzę że wszytko będzie tak jak trzeba. Nie będzie łatwo, ale przecież wiedzieliśmy z żoną o tym decydując się na drugie dziecko.
Radość i szczęście które dają dzieci jest dla mnie tak cenna że warta jest gigantycznych poświęceń.
ps. Ten wpis ma charakter wybitnie autoterapeutyczny.
Nie jestem szczególnie “rodzinny”. Kontakt, bardziej lub mniej (za co z góry przepraszam), utrzymuję tylko z tymi których lubię. Cierpię na większości z imprez rodzinnych i w ogóle w tym temacie jestem na nie. Interesują mnie jednak historie. A historia rodu którego jestem członkiem z pewnością ma kilka ciekawych elementów.
Jako że jestem człowiekiem którego lista rzeczy do zrobienia zawsze ma wiele pozycji to na intensywniejsze grzebanie w tym temacie czasu nie miałem. Ale. Ostatnio zgłosił się do mnie (NK - sposób na prowadzenie badań genealogicznych?) pan Marek Bielecki szukający informacji na temat rodziny Bryling. Przesłał mi też informacje które sam ta ten temat zebrał, za co dziękuję. Kontakt ten ożywił pomysł zrobienia serwisu z historią naszego rodu, drzewem genealogicznym itd.
Brakuje mi jednak danych, a jako że żyjemy w epoce “internetu dla wszystkich”, to tą drogą przekazuję moją prośbę: Jeśli masz jakieś informacje o rodzie Bryling to wyślij je do mnie. Jeśli jesteś związany z rodziną Bryling więzami rodzinnymi to proszę podeślij mi informację o swojej najbliższej rodzinie (z datą i miejscem urodzenia, imieniem, nazwiskiem i stopniem pokrewieństwa w stosunku do Ciebie (dziadek, babcia, ciocia itp). Wszystkie informacje proszę przesyłać na adres: bryling@gmail.com.
Dzięki za pomoc.
Jestem na etapie tworzenia nowego projektu (tym razem zupełnie mojego). I zastanawiam się. Udostępnić publicznie API, czy nie?. A tutaj taki wpis na AntyWebie. Zachęcam do poczytania, zwłaszcza komentarzy. Michuk w komentarzu zauważa, że korzystający z API potrafią pchnąć serwis w zupełnie nieoczekiwaną stronę. Zgadzam się z tym w zupełności. Ale niepokoi mnie jedno. Czy nie spowoduje to odpływu userów w kierunku korzystania tylko z aplikacji wykorzystującej API? W takiej sytuacji odpada możliwość zarabiania na reklamie (bądź znacznie je utrudnia). Z drugiej strony opieranie się w przychodach z serwisu/aplikacji tylko na reklamie nie jest rozsądne. W końcu sam korzystam z adblocka, choć wyłączam jego działanie na stronach które często odwiedzam i które nie mają upierdliwych reklam (z czegoś trzeba mieć na hosting).
Moim zdaniem API ma szansę sprawdzić się wszędzie tam, gdzie konieczność odwiedzenia serwisu przeglądarką nie jest wymagana do zarabiania na nim. Rezygnując z potencjalnych przychodów reklamowych mamy za darmo pomysły na rozwój serwisu/aplikacji.
Potencjał który drzemie w API jest ogromny. Wystarczy spojrzeć na Blipa. Trzeba mieć tylko (lub aż) pomysł jak na tym zarobić. Funkcjonalności która na dłuższy czas przyciągnie (i pozwoli urzymać) ludzi przy serwisie nie da się wymyślić. Musi być ona odpowiedzią na konkretną potrzebę (to banał). Tak samo jest ze sposobem korzystania. Jeden sprawdza pocztę tylko przez interfejs www, inny wykorzysta do tego thunderbirda (tak jak ja). Dając API dajemy wybór, nie musi kosztować to wiele pracy, a użytkownicy to lubią (nawet jeśli 90% z nich będzie korzystać tylko z interfejsu webowego). Dodatkowo tworząc dodatki do serwisu możemy dotrzeć do ludzi do których w inny sposób nie bylibyśmy w stanie skutecznie dotrzeć.
Rozpoczynając tworzenie tego wpisu nie byłem zdecydowany czy opłaca się udostępniać API. W trakcie pisania przekonałem sam siebie że warto.
To są moje spostrzeżenia oparte na moich obserwacjach i doświadczeniach. Nie są one pogłębione żadnymi “badaniami”, przynajmniej na razie, więc mogę się mylić.
Wymieniłem ostatnio router Linksysa na Asusa 500gp v2. Wybrałem ten model ze względu na system na pokładzie (Linuks), możliwość podłączenia urządzeń przez usb i odczucia estetyczne Najlepszej z Żon (IMHO jest całkiem ładny. Sprzęt dostałem z systemem w wersji 2.0.1.2 który totalnie mnie rozczarował. Nie pozwalał np. na wpisanie znaku ‘#’ w haśle. O użyteczności projektanci z Asusteka też chyba nie słyszeli.
Na szczęście, instalacja najnowszej wersji softu naprawia wszystkie błędy i wypaczenia które znalazłem. Po niej w swych podstawowych funkcjach (qos, ftp, samba też działa ale w domu same linuksy więc nie używamy) router sprawuje się idealnie.
Nie po to jednak wydałem prawie 400 zł, żeby nie pobawić się trochę. W wolnym czasie (niedługo mam zamiar udać się na zaległy urlop), oryginalny system zastąpię nieoficjalnym. Jeśli Najwspanialsza z Żon ma jakieś plany na mój urlop to wybieram OpenWRT (żeby działał na mojej wersji trzeba go trochę połatać i skompilować ręcznie). Jeśli jednak będę miał więcej czasu wybór padnie na zbudowanie własnego systemu na bazie Gentoo (czerpiąc garściami z OpenWRT oczywiście).
BTW planuję większy wpis na ten temat.
update
Jednak nie wszystko działa jak trzeba. Przy kopiowaniu dużej ilości plików (małych) ftp zrywa połączenie :(. Ten błąd chyba przyśpieszy zmianę softu.
Dziś postanowiłem w końcu zainstalować system na domowym serwerze. Naszło mnie żeby zamiast Gentoo, którego używam na swoich serwerach produkcyjnych i na laptopie, zainstalować PLD. Kiedyś (okolice początku wieku) przez kilka lat używałem tej dystrybucji. Była całkiem fajna i poznałem ją nieźle.
Rozpocząłem więc instalację systemu w chroot wg dokumentacji, korzystając z PLD RescueCD (które nie raz już uratowało mi dupę). Sam proces instalacji jest banalny. Dało jednak o sobie znać to czego nie ma w Gentoo (dzięki flagom USE). Zależności. IMHO w PLD rozwiązane są one, dzięki dużemu rozdrobnieniu paczek, najlepiej ze wszystkich dystrybucji “paczkowanych”. Jednak te nieszczęsne zależności, trochę inny sposób konfiguracji systemu i brak elastyczności rpm (w porównaniu do portage) sprawiły, że po dwóch godzinach zabawy wróciłem do Gentoo.
Żeby nie było. PLD nie jest tylko be. Ten system ma oczywiście swoje zalety: szybkość instalacji, poldek, jeszcze raz poldek i parę pomniejszych. Podoba mi się też filozofia twórców systemu: PLD jest dystrybucją tworzoną przez administratorów dla administratorów, mamy więc do czynienia z systemem dobrze przygotowanym do pracy w roli serwera, Jak dla mnie, gdybym musiał wybierać system z dystrybucji w paczkach, wybrałbym właśnie PLD. Obiecuję sobie: w przyszłości (gdy będę miał trochę wolnego czasu i wolne zasoby) poćwiczę jeszcze ten system. Chcę mieć alternatywę. Czasem trzeba “na szybko” postawić serwer, a Gentoo niekoniecznie się do tego nadaje.
A moja żona na swoim laptopie i tak używa Ubuntu :)