Debian vs Gentoo
W swoim “linuksowym” życiu używałem różnych dystrybucji. Na początku (okolice 97 roku) był RedHat. Potem szukałem czegoś bardziej harcore i trafiłem na PLD. Było fajnie ale wkurzało mnie wieczne czekanie na wersję 2.0. Szukałem dalej i trafiłem na Debiana. Z nim też było fajnie, tylko te stare paczki. Przyszedł więc czas na Gentoo. I to była dystrybucja przy której zostałem na dużej. Na niej “nauczyłem się linuxa”. Poznałem filozofię działania, konstrukcję systemu i nauczyłem się administrować. Było (i jest) z tym systemem tak dobrze, że związałem z nim dużą część swojego życia zawodowego.
Aż pewnego wieczoru… Gdy byłem zmęczony zachciało mi się przebudować część systemu i powywalać z niego zbędne (nagromadzone przez lata) elementy. Zmęczenie nie jest stanem w którym powinno się takie rzeczy robić, choć z drugiej strony gdy ma się w domu dwie małe, w dodatku chore, córki to ciężko o inny stan. BTW, zepsułem system. Godzina była już późna, a na rano potrzebowałem sprawnego laptopa. Pod ręką miałem płytki z Debianem. Więc zainstalowałem.
Powyższe zdarzenia miały miejsce trzy miesiące temu. Debian na moim lapku śmiga dalej. Nie przeszkadzają mi, tak jak kiedyś, “stare” wersje programów. Doceniam stabilność systemu i rozumiem niechęć do pogoni za nowościami. Potrzebne nowsze wersje biorę z backportów, a jeśli potrzebuję czegoś extra to instaluję ręcznie. Tak sobie ostatnio myślę. Przy najbliższym wdrożeniu do standardowych zadań użyję właśnie stabilnego Debiana. Dlaczego? Wymaga mniej czasu np na administrację i mam zaufanie do twórców dystrybucji. Oni raczej nie przepuszczą żadnych “baboli” - choć to może zdarzyć się każdemu. Dla Gentoo miejsce widzę w bardzo specyficznych zastosowaniach, tam gdzie do dyspozycji jest mało miejsca na system lub trzeba ze sprzętu wycisnąć “co się da”.
Uprzedzając wszelkie flejmy. Tak wiem. I w Debianie i w Gentoo “da się”. W Ubuntu zresztą też (moja żona używa). Wszystko jest kwestią “łatwości” - czyli czasu jaki trzeba na to poświęcić.